Archiwum: lipiec, 2008
Czarny garnitur
Biały kołnierzyk

Atłasowy krawat
Sztuczny uśmiech
Udawana pokora
Satysfakcja klienta
Buty wypastowane
Skórzany pasek
Srebrne spinki
Jak trybik
Jak maszyna
Do celów, norm
Wyzbywam się uczuć
Człowieczeństwa
Ludzkości
|

Samotnie siedzi w kącie izby
Czerwone kontusz i złoty pas
Menażka dawno pusta
Rozpoczyna smutną balladę
Czarne oczy patrzą w głąb sali
Patrzą jak ludzie hulają, tańczą
A w sercu pustka, żal
Wnet zrywa się raptownie
Bałałajkę w ręce chwyta
Biesiadnicy ucichli, przystanęli
Kozak o stepach zielonych nuci
Młodości, miłości, wojnach, ojczyźnie?
|
Wśród ciszy ogrodu, tuż pod jabłonią , rozłożyłem swe cielesne gabaryty. Słońce mocno prażyło, dzieci wesoło gaworzyły nad dmuchanym basenem. Pluskały, piszczały i zabawiały się beztrosko. Starsza kobieta, pełniąca rolę mamki tej całej roześmianej gromadki pilnowała czy krzywda się nikomu nie dzieje. Swymi starymi rękoma smarowała małe noski kremem, wypławionymi oczami z czułością oglądała kolejną Bubę na kolanie. Pszczoły nad krzakiem pomidorów, próżno szukają kwiatu, z którego mogły by się napić nektaru. Inna kobieta z bólem i mina pełną cierpienia pochyla się nad kolejną grządko ziemniaków. Nie posłuszna chusta na głowie, wypuszcza kolejne kosmyki rdzawych włosów. Ręce spracowane, sumiennie, rytmiczne i z sercem uderzają motyka. Czy ziemia wyda owoce współmierne do jej pracy? Czy ból, wysiłek przyniesie wymarzony skutek? Nie wiadomo. A czy małe dzieci wyrosną na przykładnych synów, córki, matki? Nikt nie wie tego. Lecz czy mamka, przez te niewiedzę, mniej serca wkłada w pilnowanie małych urwisów?
Zadzwonił telefon, me wnikliwe obserwacje zostały przerwane głosem jednych z najbardziej znanych artystów. Zielona słuchawka wciśnięta. Rytmicznie przytakuje rozmówcy. Nieciekawa rozmowa, nieciekawy temat. Służbowo intonuje barwę głosu. Chce jak najszybciej zakończyć monolog dzwoniącego. Udało się. Sięgam po gazetę, nic nie mogę znaleźć interesującego. Wypijam duży łyk soku. Znowu bawię się w niezbyt dorosłego obserwatora. Młode małżeństwo, ze swą pociąg stoi przy krzaku agrestu. Skrzętnie cała rodzina zbiera różowe, owłosione bąbelki do miseczki. Przed oczyma stanęła mi moja mama, która nalewała mi świeży kompot z agrestów, głosząc przy tym wykład na temat jego zdrowotnych zalet wszelakich. Jako dziecku, te argumenty nie trafiały do mnie. Sto razy wolałem sok pomarańczowy z Kaczorem Donaldem. Wspomnienie to wywołało uśmiech na mej twarzy.

|

W głowie mętlik
W sercu burza
Myśli nieczyste
Podły humor
Promyk nadziei
Uśmiech świata
Dobre słowo
Czuły gest
Wszystko mija
Odchodzi daleko
Zostają wspomnienia
Fotografie, myśli?
|
Oglądając zdęcie po raz kolejny, zaczynam dostrzegać nowe strzegły. Uśmiech naturalny, oczy roześmiane, kolorowa panorama. A jednak za niebieskim odcieniem oczu widać cos jeszcze. Smutek, żal, tęsknotę, nie spełnione obietnice, ambitne cele. Fontanna wesoło pluska w tle. Ludzie przechadzają się odnowioną starówką, zjadają się lodami, popijając wodę z reklamy?. A ja siedzę na brzegu surrealistycznej fontanny, pozuje do zdęcie, które wyląduje na twardym dysku i już nigdy nie będzie oglądane. Chwilowa odskocznia od rzeczywistości wspomnienie chwil, które minęły. Najważniejsze jednak jest to, żeby nie tylko utrwalać dane chwile w pamięci, ale żeby tworzyć okazje do innych miłych chwil?
|
Koszatniczki wesoło biegają po klatce. Kręcą się w kołowrotku, skaczą po drabinkach, tarzają się w trocinach. Bawią się, figlują, stroją małpie figle. Bawią się w wojnę, łaskoczą, trzebi oczą, szukają towarzystwa, bliskości. Malutkie gryzonie, z Ameryki Łacińskiej, zamknięte w mieszkanie w zachodniej Polsce. Co myślą, co czują, czy trafią do nieba? A co to kogo obchodzi? Dają nam nasi pupile radość, uśmiech i radość. A my dajemy im jeść, i wychodzimy z nimi, bądź czyścimy ich domki. Miłość coś za coś? Czy my ludzie umiemy kochać bezinteresownie? Tak za nic, za samo bycie?
|
Bosą stopą przechodzę się po polanie
Rosa chłodzi obolałe stopy
Poranne słońce z impetem uderza
Ciało opiera się podmuchom wiatru
Idę bez celu, bez planu, mapy
Gdzie zajdę, do kogo, nie wiem
Nogi same mnie prowadzą
Instynkt, wola, do przodu
Złapać za rękę czas
Z powrotem z nim pójść
Do najwspanialszych chwil
Do bajki, czasu wspomnień
Za suknie złapać marzenia
Przyciągnąć je do siebie
Wpoić je w głowę na zawsze
Żeby mieć w końcu sny?
|
Zabójcza siła, krzyczy do mnie, woła, nie daje spać. Prześladuje mnie. Gdzie ja, tam, ona. Nie umiem jej odpędzić od siebie. Niczym sęp nad ścierwem wciąż krąży, nie zniechęca się, jest cierpliwa. Pyta mnie, dlaczego nie umiesz znaleźć siebie? Po co szukasz zastępczych tematów? Nie wiem odpowiadam przytłumionym głosem.
Najtrudniej jest rozmawiać z samym sobą. Odnaleźć się, zrozumieć, porozumieć. Jaki jestem? Do czego zmierzam? Po co wstaje do pracy? Nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Czy to syndrom depresji, a może znak naszych czasów. Byle do przodu, byle norma, byle inni byli ze mnie zadowoleni. A co ze mną? Z moimi marzeniami, aspiracjami? Zgubiłem je, niczym były by one, starymi walizkami, które zaginęły na terminalu. Gdzieś są, znajdą się. Ale kiedy? Nikt tego nie wie.
?Kocham, Cię życie? tak bym chciał pełna piersią zaśpiewać??..
|
Gruby baryton starszego pana z telewizji obudził mnie dziś na kanapie. Widocznie zasnąłem wczoraj przed szklanym ekranem. Nie pierwszy zresztą raz. Głos ostrzegał mnie przed wiatrami nad Jeziorami Mazurskimi. Różowy krawat Kalisza, nie pozwolił mi wyłapać, treści jego słów. Premier mówiący, że tarczy nie będzie wygląda groźnie. Prowadzący, jak na niedzielę, na siódmą rano bardzo pobudzony. Pies chcę wyjść, zachęcająco macha ogonem. Koszatniczki, jak zwykle próbują przegryźć klatkę, uplecioną z drutu. Chcą być wolne, mimo, że dla nich znaczyło by to śmierć. Kawa, napar życia dla mnie z rana. Już zaczynam czuć ból mięśni. Po przedwczorajszej zabawie, po wczorajszym malowaniu? Słońce nic sobie nie robi z rolet. Bezczelnie wdziera się do mieszkania. Może chcę rozgrzać moje serce, a może chce mi dopiec za wszystkie moje grzechy? Czy ta gorąca gwiazda, może mieć w sobie uczucia? Fizyk by zaprzeczył, ale czy ja zaprzeczę? Ooo Unia pozwoliła nam ratować nam naszą stocznię, zaakceptowała fakt, iż Nasze pieniądze z podatków, poszły na ratowanie tych zakładów. Cieszę się, że jakaś garstka Brukselskich urzędników powiedziała jak, mamy swoje zakłady modernizować. Kolejna kawa, kanapka, papieros. Niedziela. Kiedyś u mnie trochę inaczej wyglądała. Był kościół, park, wspólny rodzinny obiad. A dziś malowanie ścian, spacer z psem.
|
Starsza kobieta zagląda przez okno
Młode małżeństwo maluje mieszkanie
Wdowiec szuka swojego kota
Pleban rzadko tu zagląda
Tynki, mury wiele widziały
Nie jedną historię zasłyszały
Gdyby je tylko spytać to by powiedziały
Ile miłości, krwi, szczęści, śmierci?.
Ormianie, Polacy, Niemcy i Żydzi
Dzielnica ta ich łączyła
Spajała różnice, wierzenia
Bo każdy mieszkaniec zna urok?
Każdy z Nich kocha swoje Zakaczawie?..
|
|
|
|